Dzisiaj jest: 15.10.2019, imieniny: Jadwigi, Leonarda, Teresy

Janusz Świętoń: jestem usatysfakcjonowany z pracy w Łomży.

Dodano: rok temu Czytane: 750 Autor:

Gościem portalu Naszsport.info jest Janusz Świętoń, były już trener „Dwójki” PWSIiP Łomża.

Janusz Świętoń: jestem usatysfakcjonowany z pracy w Łomży.

Pod jego wodzą zespół z Łomży wygrał 5. z 18. spotkań ligowych i ostatecznie uplasował się na przedostatnim, dziewiątym miejscu tabeli.


Szkoleniowiec podkreśla jednak, że jego byłe podopieczne ciężko pracowały nad poprawą wszystkich elementów gry. Nie wszystko jednak udało się zrobić. 


- Jak pan oceni zakończony sezon?

- Muszę to ocenić w dwóch wymiarach. Pierwszy to moment, kiedy przyjechałem do dziewczyn na obóz do Olecka. I już po pierwszych treningach zorientowałem się, że jest to bardzo fajna i ambitna drużyna, ale obarczona kardynalnymi brakami technicznymi, których nie prezentują nawet juniorki. I ja to powiedziałem dziewczynom wprost, że nie trenujemy, a będziemy się uczyć. Były troszkę zażenowane, ale przyjęły to. I powiedzieliśmy sobie, że na razie wynik nie jest najważniejszy, ale nauka przede wszystkim podstaw: podań, chwytów, zwodów, co było wielkim mankamentem. Po pierwszym tygodniu zorientowały się, że mam rację i zaczęły ciężko pracować. I podszlifowaliśmy tą technikę. Przede wszystkim podania i chwyty, bo nie do końca technikę zwodów. 

Okupione to zostało jednak tym, że mniejszą uwagę przywiązywaliśmy do taktyki. To było w bardzo małym stopniu wprowadzane. Natomiast w ogóle nie mogłem nic zrobić z szybkością i siłą, ponieważ dziewczyny zatraciłyby wytrzymałość. I tylko utrzymywałem wytrzymałość. I tutaj na obozie brakowało dopracowania mikrocyklu szybkościowego połączonego z siłowym. W trakcie rozgrywek tego się nie robi i musiałem postawić tylko na wytrzymałość i jechaliśmy tą beztlenówką. Dziewczyny burzyły się, bo one tego nigdy nie robiły, ale to jest taki podstawowy element utrzymania wytrzymałości. I jakoś wytrzymaliśmy tę rundę wbrew temu, co mówili niektórzy, że nie wytrzymujemy końcówek. My akurat końcówki spotkań mieliśmy najlepsze.

I ta pierwsza runda była taka rozpoznawcza. To co się dało, to wyrwaliśmy. Uważam jednak, że dwa mecze mogliśmy jeszcze wygrać. Przede wszystkim u siebie z Jutrzenką i na wyjeździe z Gnieznem. Ale tam były inne przyczyny, o których nie chciałbym mówić. Mogę tylko powiedzieć, że tam wynikła bardzo przykra sytuacja.

- Z którego meczu w pierwszej rundzie był Pan najbardziej zadowolony, a z którego najmniej?

- W pierwszej rundzie najlepszy mecz był z Tczewem, gdzie odbiliśmy się po wcześniejszej porażce sześcioma bramkami i wygraliśmy z renomowaną drużyną. I był to także pierwszy mecz u siebie, w którym ambicja pozwoliła im wygrać. A najsłabszy to z SMS-em, gdzie mogliśmy go rozstrzygnąć na swoją korzyść. Ale dziewczyny go nie wytrzymały, dały się zabiegać.

- A w drugiej rundzie?

- W drugiej rundzie zdecydowanie najlepiej zagraliśmy z Łodzią, gdzie dziewczyny stanęły na wysokości zadania. Szkoda, że trochę pechowo to przegraliśmy, bo to można było wygrać (Dwójka przegrała ten mecz w karnych 2:4, w regulaminowym czasie gry był remis 27:27, przyp. red.). I na wyjeździe kolejny mecz z Tczewem. Nie rozpracowywaliśmy rywala, gdyż ja uważam, że na tym poziomie to nie ma sensu. 

Trudno natomiast wskazać najsłabszy mecz. Zawsze wyjazdowe spotkania są słabsze. Chociaż z Poznaniem mogliśmy bardziej się pobić, ale dziewczyny nie wytrzymały fizycznie. I tutaj ujawniła się cecha, która nie została ukształtowana - siła. Dziewczyny z Poznania po prostu stłamsiły nasze zawodniczki, które tego nie wytrzymały. 

- Kiedy przychodził Pan do Łomży sprawdziłem Pana CV i nie widać tam było ligowego zespołu. Czy Pan w pewien sposób nie uczył się w Łomży pracy z pierwszoligowym zespołem?

- Powiem tak. Nie podchodziłem do tego jak do nauki, gdyż mam prawie 50. lat doświadczenia w piłce ręcznej. Byłem zawodnikiem, przez 20 lat sędzią szczebla centralnego, a przez kolejne 18 lat byłem delegata. W tym czasie prowadziłem także kadry wojewódzkie juniorów i juniorek, zdobywałem z tymi zespołami medale. I te dziewczyny praktycznie nie odstawały poziomem wzwyż, tylko podejrzewam , że były nawet na niższym poziomie. Prowadziłem również męskie zespoły, a Busko Zdrój wprowadziłem do drugiej ligi. I dlatego pracę w Łomży nie nazwałbym nauką strikte warsztatu, ale bardziej prowadzenia zespołu występującego w pierwszej lidze. SMS to jest wyższy poziom jak nasze zespoły, a tam idą najlepsze zawodniczki. W Łomży musiałem dostosować grę do charakterystyki zespołu, poszczególnych dziewcząt i ich umiejętności.

- Odchodzi Pan z Łomży. Jakie perspektywy widzi Pan dla drużyny i klubu?

- Jeżeli chodzi o drużynę to pierwsza podstawowa rzecz to są wzmocnienia, żeby ta ławka była dłuższa. W pierwszej lidze nie może tak być, by na każdym treningu była tylko jednak bramkarka. To jest tragedia psychiczna dla drużyny, bramkarki i przede wszystkim szkoleniowca. Bo nie można pracować nad pewnymi elementami taktyki, takimi jak szybkie rozpoczęcie czy szybki atak. Przez cały sezon ja stałem w drugiej bramce, choć to było bez sensu. I dlatego musi być druga bramkarka, ale taka konkretna. Abstrahując od tego Ula tym dojeżdżaniem nie wprowadziła nic złego do drużyny, miała punkty dodatnie, ale nie było współpracy z zespołem. Nie była zorientowana jakie mamy przygotowane warianty gry w obronie i ataku.
Druga kwestia to koło. Musi być tam dziewczyna, która da odsapnąć Anecie, musi to być duża, silna i sprawna dziewczyna. I podstawa to prawe skrzydło i prawe rozegranie. Jeżeli „Miśka” by poszła na koło to byłoby kapitalnie, bo one by się uzupełniany. A na prawym rozegraniu i skrzydle musi być leworęczna zawodniczka. Z tego co wiem Ala (Sobocińska, przyp. red.) prawdopodobnie wyjedzie do Gdańska. I w przyszłości nie może to być na zasadzie dojazdów. Trzeba wziąć młode zawodniczki i postarać się je wkomponować w zespół. A jeżeli zostałby główny człon zespołu, to tą drużynę stać na czołowe miejsce w lidze. Ale jeżeli odejdzie jedna lub dwie dziewczyny, to może skończyć się to spadkiem.

- A dla klubu?

- Podstawą jest stworzenie systemu szkolenia. W Polsce nie ma takiego klubu, w którym nie ma szkolenia dzieci, młodziczek i juniorek młodszych. Jest kilka juniorek, które grały w lidze. Nie może tak być. To dla mnie niezrozumiałe. Jeżeli jest pierwszoligowy zespół to można te dzieci kształtować, pokazać im coś ciekawego. Chciałem nawet pomóc i rozmawiałem ze związkiem o możliwości stworzenia klas sportowych. I to jak najszybciej. Bo to się szybko rozchodzi. W Łomży jest akademia piłki nożnej, jest koszykówka. Można zabierać dzieci, które nie spełniają wymogów tamtych klubów.. Ale jest to już armia ściągnięta, a nie szkolona od podstaw. Muszą być stworzone warunki, by w każdej kategorii szkolona była przynajmniej jedna grupa. Wtedy będzie zaplecze i pojawią się zawodniczki pokroju Kasi (Katarzyna Siennicka, przyp. red.) czy też Monika Aleksandrowicz, teraz Michałów. One tworzyłyby też zaplecze finansowe klubu. Bo teraz są takie warunki, że piękna kasa by wpływała za wychowanki. I wtedy klub utrzymywałby się nie tylko z dotacji, ale także wychowanek. I to dawałoby satysfakcję klubowi i miastu. Ale to trzeba zaczynać od czwartej klasy. Nie od szóstej czy siódmej. My to tak robimy w Świętokrzyskiem, tu od pierwszej klasy szkoły podstawowej buduje się zespoliki, gdzie się bawimy. Ale wyławiamy talenty i tłumaczymy rodzicom, jakie są perspektywy. I to należy stworzyć w Łomży.

- Jak Pan będzie wspominać pobyt w Łomży?

- Jestem szczęśliwy i usatysfakcjonowany pracą z tymi dziewczynami. Ja nie spotkałem się z tak serdecznym pożegnaniem. Będę to cały czas wspominał i zawsze będę do ich dyspozycji. Namawiałem je do robienia kursów zarówno instruktorskich, jak i sędziowskich. Bo zawsze można sobie dalej kształtować życie z piłką ręczną. Najważniejsze dla mnie było to, że nigdy z żadną nie miałem konfliktu i nie dochodziło do utarczek. Co prawda w szatni czasami coś się powiedziało. Ale i dziewczyny miały prawo powiedzieć swoje. Także ja zostawiam drużynę bardzo fajnie ukształtowaną zarówno pod względem sportowym, jak i wychowawczym. Znają swoje miejsce, znają swoje braki i wiedzą co mają robić, by być lepszymi. I pozostajemy w bardzo przyjaznych stosunkach.

- Dziękuję za rozmowę.